Part I
Riven. Wielkie, gigantyczne miasto w kształcie koła o promieniu dziesięciu kilometrów. Setki, tysiące mieszkańców. Wieżowce na wysokie na dziesiątki metrów. Szerokie drogi, po których mkną szybkie pojazdy, stworzone dzięki rozwojowi technologii.
Ja jestem tym miastem. To ja je stworzyłam. Ja je zbudowałam, swoją własną wolą. Ja nim rządzę, wyczuwam je, nawet teraz. To ja patrzyłam, jak spokojnie żyły pierwsze pokolenia tego miasta – w spokoju, bez przemocy, bez gniewu, bez nienawiści. Później patrzyłam, jak pojawia się zazdrość. Jak pojawia się nienawiść. I jak przelana została pierwsza krew w Riven, w moim mieście, które miało być doskonałe.
A potem bezczelna ludzka wyobraźnia zaczęła wymyślać przedmioty, służące do zabijania. Nazwała to “broń”, jednak nie służyło to do bronienia się. Najpierw walczyli prostymi kijami. Później zaostrzyli je. Potem nauczyli się kuć żelazo i stal; wtedy powstały stalowe kije, nazwane przez ludzi mieczami. Szybko zaczęli je ostrzyć i wynieśli ich tworzenie do poziomu sztuki. Zakrzywione, cienkie ostrza mieczy przyniosły tyle bólu, co żadna inna rzecz po utworzeniu Riven. I wtedy powiedziałam: “Nie będę już dłużej patrzeć bezczynnie na szkodę, którą sobie ludzie wyrządzają. Mimo mojej potęgi, nie jestem wstanie sprawić, by zaprzestali przemocy, jednak mogę ją ograniczyć.”. I powołałam Strażników.
Uczyłam Strażników tych umiejętności, które na początku mojego szkolenia były mi wpajane przez moich mistrzów. Moi wysłannicy pokoju nauczyli się manipulować czasem i przestrzenią według własnej woli, jednak ograniczyłam ich umiejętności. Wiem, co by było, gdyby choć jeden ze Strażników posiadł te umiejętności na moim poziomie. Nikomu nie pozwolę dojść do mojego poziomu. Nikomu.
Strażnicy ograniczyli przemoc, jednak nie dali rady zepchnąć jej wgłąb ludzkiej duszy. A czasem zbyt mądry człowiek wymyślał coraz to nowe rodzaje broni, aż wymyślił broń palną, stal miotającą stal. Pistolety, tak to nazwali. Głupcy, stal nie jest żadną potęgą. Dalej jednak dobry miecz był najcenniejszy, mimo tego, że w starciu ze strzelającym z pistoletu przeciwnikiem używający miecza nie miał wielkich szans.
Ale zostałam zdradzona. Mimo mojej pełnej władzy nad miastem, któryś ze Strażników – możliwe, że torturowany, choć tak naprawdę dopuszczam tą możliwość tylko dlatego, że chcę w nią wierzyć – zdradził jakąś drobną cząstkę tajemnicy kontrolowania czasu, dzięki czemu w walkach ludzi całkowicie straciła znaczenie różnica uzbrojenia.
I tak jest do dziś. Z tego, że nie wszyscy bandyci posługują się manipulacją czasem, wnioskuję, że istnieje dużo drobnych frakcji. Nie mogę być tego pewna, gdyż słabnę i nie jestem już wstanie czytać we wszystkich umysłach w Riven naraz.
Taka jest historia tego miasta. Chcę, byś pamiętał o swoich obowiązkach, Strażniku Alysterze.
Zjaw się u mnie osobiście z samego rana.
***
Alyster obudził się zaspany, wyrwany ze snu przez złośliwy budzik, wołający go, aby wstał wreszcie do pracy, bo Pani nie lubi, gdy jej podwładni się spóźniają. Spojrzał na wyświetlacz budzika i stwierdził, że musi dzwonić już od przynajmniej pięciu minut, bo było już dwadzieścia po szóstej. “Cholera, dawno tak twardo nie spałem. No, chyba że ktoś mi budzik przestawił, ale przecież nikogo tutaj w nocy nie było.” rzucił do siebie w myślach. Wstał i poszedł do łazienki.
Gdy spojrzał na swoje odbicie w lustrze, z którego spoglądała na niego twarz młodego mężczyzny o fioletowych oczach i z długimi, czarnymi włosami, nagle zagrzmiał mu w myślach głos, który słyszał we śnie. “Ciekawe z jakiego to powodu Pani kazała mi się u siebie zjawić… Muszę się pospieszyć.” Wziął szybki prysznic, zjadł kilka kęsów chleba, pospiesznie narzucił na siebie szatę Strażnika i wyskoczył przez okno. Po raz kolejny był zadowolony, że mieszka na czterdziestym piętrze, bo dzięki temu mógł rozbudzić się pędem powietrza, towarzyszącym spadaniu z kilkudziesięciu pięter. Zręcznie obrócił się w powietrzu i przyklękając wylądował na chodniku. “Pusto tutaj dzisiaj. Nigdy aż tak nie jest.”, pomyślał odrobinę zaniepokojony. Uniósł się kilka centymetrów nad ziemię, położył się na brzuchu na powietrzu i poszybował w kierunku Jądra, gdzie mieszkała Pani. W dalszym ciągu uderzała go niezwykła pustka na ulicach. Zwykle o tej porze na ulicach zaczynało być tłoczno i nierzadko musiał latać na wysokości ponad dwóch metrów, nad innymi, jednak tego dnia widział na ulicy maksymalnie czterdziestu ludzi naraz.
Tuż przed głównym wejściem do niskiego, wysokiego na zaledwie dwadzieścia metrów budynku Jądra wylądował na nogach i, wyszeptawszy kilka słów, których nigdy nie udało mu się zrozumieć mimo lat studiowania języka, z którego zostały zaczerpnięte, obrócił się i przeniósł do swojego osobistego centrum operacyjnego w Jądrze. Była to całkiem spora jak na Jądro sala, którą urządził sam, kiedy dwa lata wcześniej objął dowodzenie nad pięcioosobowym oddziałem do wykonywania zadań specjalnych, zlecanych zwykle przez któregoś ze Starszych. Podobno żyli oni już po kilkaset lat, co jest przecież nieosiągalne dla ludzi; chodziły jednak plotki, że to dzięki szczególnym względom Pani. Dopiero dwa zadania były zlecone przez samą Panią, więc to wezwanie musiało oznaczać jakąś wyjątkowo szczególną misję.
Rzucił krótkie “witajcie” dwóm ze swoich podwładnych i zaczął procedurę, umożliwiającą spotkanie z Panią.
———————–
Komentować tutaj lub na gadu: 8463007.
